Wygrałam casting do „Na dobre i na złe”!
Siedzę sobie na izbie przyjęć i nastawiam się niezbyt optymistycznie na to, co zaraz będzie się działo. Oczywiście nie takie zaraz, bo przec...
https://testowybk1.blogspot.com/2013/03/wygraam-casting-do-na-dobre-i-na-ze.html
Siedzę sobie na izbie przyjęć i nastawiam się niezbyt optymistycznie na to, co zaraz będzie się działo. Oczywiście nie takie zaraz, bo przecież przyjęcie do szpitala to nie jak taśma na zakupy w supermarkecie. Poza tym uzbrojona w opowieści jak to nie szanuje się praw pacjenta, że człowiek to kolejny numerek na sali, że po co jakakolwiek informacja… chcę jak najszybciej urodzić i uciec z tego okropnego przybytku beznadziei, brrr…
Tymczasem… uprzejma pani pielęgniarka prosi mnie po 10 minutach aby – o czym już wiem – wypełnić tony papierków. Takie czasy. Kobieta ma skurcze, zaraz urodzi, niestety, na początku nie obejdzie się: ubezpieczenie, pesel, adres zamieszkania, telefon, ostatnia miesiączka, przebyte choroby itp. Potem badanie KTG, kilkakrotna wizyta kolejnej pielęgniarki i powtarzane pytanie „czy wszystko w porządku?” Po przebraniu się przyszły tatuś niestety out, zostaję sama. Zaczyna się!
W głowie kiełkują tysiące myśli: obawa o to co będzie, bo przecież rodzę po raz pierwszy. Jak tu się nie wstydzić gdy wokół tłum obcych ludzi, jacyś studenci rozmawiający o wieczornej imprezie, a ja muszę się rozebrać i przebrać w kusą szpitalną koszulinę. W 9 miesiącu ciąży czuję się super seksowna, jak słoń w składzie porcelany. Mam ochotę zapaść się pod ziemię.
Tymczasem… zostaję w sali razem z uroczą panią, która z jednej strony stara się mnie uspokoić, z drugiej pomaga się przebrać przepraszając, że takie warunki to ona się odwróci abym się nie krępowała. Robi swoje z uśmiechem, troską, czuję się trochę lepiej. Ale przecież „najgorsze” przede mną! Jedziemy na salę porodową, mam ogromną obawę, stres sięga zenitu. Z uwagi na okoliczności medyczne mam mieć potocznie zwaną cesarkę. Wjeżdżamy do jaskini lwa.
Tymczasem… czeka na mnie cały zespół, zwarty i gotowy do działania. Pani anestezjolog tłumaczy mi szczegółowo jak będzie wyglądał zabieg, przedstawia opcje znieczulenia. Decyduję się na znieczulenie podpajęczynówkowe aby być w pełni świadomą. Cała operacja trwa 40 minut, w międzyczasie na bieżąco jestem informowana co się dzieje, w miłej i rodzinnej atmosferze podają mi maluszka, przedstawiają syna. Kilka fotek dla tatusia zrobione przez pielęgniarkę. Na koniec – dosłownie – jestem noszona na rękach w celu przeniesienia mnie z łóżka operacyjnego na to zwykłe.
Czy da się po ludzku? Da! Odrobiny dobrej woli, personelu z powołania, który potrafi w każdym pacjencie dostrzec człowieka a nie numerek pesel przypięty do ręki. Czy są takie szpitale? SĄ!

