Sex and babies always sell

Reklamy z dziećmi są drugim po seksie najskuteczniejszym sposobem sprzedaży produktów. Dlaczego zatem są tak złe? Czasami jednak ciekawość l...



Reklamy z dziećmi są drugim po seksie najskuteczniejszym sposobem sprzedaży produktów. Dlaczego zatem są tak złe?

Czasami jednak ciekawość lub zwyczajne lenistwo biorą górę nad instynktem samozachowawczym. Zostaję wówczas zbombardowany serią reklam leków na wzdęcia, problemy z wypróżnianiem (okres przed i poświąteczny) lub preparatów odchudzających (poświąteczny i przedwakacyjny). Jest jednak kategoria reklam emitowanych przez cały rok, dotycząca wszystkich grup wiekowych i wszelkich możliwych produktów. Reklamy z dziećmi. Może to być reklama produktu dziecinnego skierowana do najmłodszych i ich opiekunów lub reklama jakiegokolwiek produktu, nie mającego nic wspólnego z milusińskimi, do której kreatywny twórca postanowił zaangażować prześlicznej urody bobasa.

Z założenia nie oglądam reklam w telewizji i... wiele tracę. W czasie ich wyświetlania, zmieniam kanał, wychodzę z pokoju, zamykam oczy i wyobrażam sobie chwilę tuż przed Wielkim Wybuchem. Słowem, robię wszystko aby zatrzymać postępujący rozpad komórek w moim mózgu.

Reklamy skierowane do dzieci, mające podsycić żądzę posiadania zabawki lub innej pierdoły nie są złe, są beznadziejne z naszego, dorosłych punktu widzenia, bo nie przystają do przyjętej w świecie wykształciuchów logiki i estetyki. To po prostu inna bajka i kropka. Nie ma sensu żebym komentował reklamę lalki Barbie, większą szkodę mógłbym sobie wyrządzić jedynie próbując streścić 12 odcinek „Niewolnicy Izaury”. Dziecko po obejrzeniu takiej reklamy, w zamyśle jej twórców, ma wymusić na rodzicu kupno zabawki. Proste i logiczne, chwała specom od reklamy.

Lepiej, tzn. gorzej, zaczyna się dziać w przypadku reklam dziecięcych skierowanych do nas, czyli rodziców i opiekunów. Te reklamy po prostu bolą. I nie jest powodem to, że duża ich część dotyczy farmaceutyków. Są to po prostu gnioty, których upierdliwość ma za zadanie wyryć w naszym mózgu na dłuższy czas nazwę producenta i produktu. I wyryło: Oreo a teraz ten Apetizer (czy może Apetajzer ?). A przecież reklama telewizyjna to szansa na stworzenie kilkudziesięciosekundowego arcydzieła. Wywodzi się, a zatem powinna również czerpać z chlubnego dorobku X muzy. Producencie nie uprawiaj bylejakości, chińszczyzny i lewizny. W obecnych czasach miałkich artystów, tandetnych piosenek, sztucznego jedzenia warto wybić się z czymś z efektem wow. Poza tym, dziecko w reklamie to również aktor. Co prawda, wciśnięty tam, często bez pytania o zgodę, przez ambitnych rodziców, ale jednak aktor.  Taki przemądrzały brzdąc kręcący zamoczonym ciasteczkiem może się później ciągnąć za nim przez całe życie.

Nie próbowałem Oreo, reklama skutecznie studzi moją ciekawość. A jestem łakomczuchem. Jeżeli w przyszłości mój syn nie będzie chciał jeść „za mamusię, za tatusia” być może sięgnę po Apetyzer, pamiętając nazwę środka z kiepskiej reklamy.

Ale powiem Wam – naprawdę marzę o jednym, chcę polecieć kiedyś z synem na mecz Premiership samolotem Virgin Atlantic.




Photo credit: Thomas Hawk / Foter.com / CC BY-NC

Related

po godzinach 1672535917474951721

Prześlij komentarz

  1. Pan Tata ma rację! Jeśli maluch ma grać w, nawet trzydziesto-sekundowym, filmie to nie powinien później w życiu płonąć ze wstydu, że podawał napompowanej babci lek na wzdęcia. Reklama genialna!

    OdpowiedzUsuń

emo-but-icon

Follow Us

gorące tematy

Recent

Comments

Side Ads

Text Widget

Connect Us

item